+48 503 934 638

Miniprzewodnik po dystrybucji treści na FB [WSZYSTKO W JEDNYM MIEJSCU]

Facebook w Polsce liczy w tym momencie ponad 15 mln użytkowników. Zatem potencjalna grupa odbiorców kampanii prowadzonej w tym kanale jest ogromna. Marki mają wiele możliwości, aby precyzyjnie zdefiniować grupę docelową, a następnie do niej dotrzeć. Niestety większość kampanii reklamowych i ich konfiguracji kończy się na wybraniu zainteresowań – często zupełnie niepowiązanych z grupą odbiorców, który mogłaby stać się dzięki odpowiedniemu contentowi Klientem firmy. Jak zatem dystrybuować treści na Facebooku, zdefiniować odpowiednią grupę docelową i dotrzeć do niej? O tym między innymi przeczytacie w poniższym artykule.

More…

7 growth hacków, o których naprawdę nigdy nie słyszałeś [ZASTOSUJ OD RAZU]

Growth hacking to jedno z tych określeń, które są jak psie g…. – wdepniesz w drodze na spotkanie i masz cały dzień zepsuty. To jedno z tych określeń, które działa jak “trigger” – rzuć nim w grupę startupowców, a każdy z nich, jak pod wpływem magicznego uroku, zacznie recytować swoją teorię na ten temat. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością pojawią się następujące trzy opinie: GH to nowe określenie na stare metody marketingowe, GH nie działa bo sztuka marketingu to nie strzelani ‘silver buletami’ oraz GH po prostu nie istnieje.

More…

Lojalizacja użytkowników – jak wzmacniać społeczność poprzez content marketing?

Jeśli po przeczytaniu naszych poprzednich, czterech tekstów, nadal trzeba namawiać Cię do inwestycji w content marketing, to ten artykuł będzie ostatnią próbą – tym razem poruszymy kwestię wzmacnianie więzi na linii marka-konsument oraz lojalizowania klientów za pomocą działań content marketingowych.

 

W jednym z artykułów z naszej serii mówiliśmy o wygodnym narzędziu – lejku sprzedażowym. Warto zaznaczyć, że nie jest to byt istniejący “poza” firmą, a stanowi efekt świadomego, precyzyjnie zaplanowanego działania – jego zadaniem jest metodyczne “przepuszczanie” czytelników przez kolejne punkty styku z firmą, konwersja i właśnie – lojalizacja.

 

O ile w sieci można przeczytać sporo artykułów dotyczących tego, w jaki sposób organizować prace związane z produkcją i dystrybucją treści w kontekście “zapełniania” górnej części lejka, o tyle – im niżej, tym trudniej znaleźć odpowiednie treści. Nic dziwnego – choć content marketing okrzepł już także w polskiej branży, nadal brakuje konsekwentnych, kompleksowo realizowanych strategii mających na celu budowanie relacji z konsumentem.

 

Najczęściej popełnianym błędem w działaniach contentowych jest działanie po omacku – bez konkretnej wiedzy na temat tego, czego tak naprawdę potrzebują nasi czytelnicy i klienci. Zazwyczaj sugeruje się, że firma powinna działać według spisanej w trwałej formie strategii, która zawiera m.in. kalendarz publikacji czy podejmowane tematy, ale rzadko wspomina się o konieczności nieustannego “bycia na łączach” z grupą docelową. Kilkukrotnie wspominaliśmy o sposobie na temat badania opinii, szczegóły możesz znaleźć chociażby w tym tekście.

 

Lojalizacja – czyli co?

Zanim przejdziemy do omówienia konkretnych sposobów na retencję wynikającą z przywiązania do marki – przyjrzyjmy się, jak wygląda proces lojalizacji od samego początku.

Pierwszym krokiem jest wzbudzenie zainteresowania – jako gatunek dożyliśmy do dziś głównie dzięki umiejętności kształtowania nawyków i to umiejętność, która jest kluczowa w tworzeniu regularnej więzi między ludźmi i markami. Do absolutnego mistrzostwa kwestię budowania nawyków doprowadził Facebook, którego otwieramy w większości przypadków na dźwięk każdego powiadomienia, a zaspokajanie ciekawości stało się fizyczną nieomal przyjemnością.

 

Ale wzbudzone zainteresowanie wymaga konsekwencji w dowożeniu obiecanej wartości – dlatego tak ważne jest zaplanowanie regularnego kalendarza publikacji, przekraczanie oczekiwań odbiorców oraz tworzenie świetnych treści. Jeśli zastanawiasz się nad problemem “jakość vs. ilość”, na wczesnym etapie budowania lojalności wybór powinien być prosty. Użytkownicy nie będą do Ciebie wracać, bo tworzysz dużo treści – będą wracać po najlepsze treści.

 

Drugim krokiem jest wykorzystanie takich platform i form dystrybucji, które będą najwygodniejsze dla twoich odbiorców. Im więcej wysiłku wymaga od użytkownika proces konsumpcji treści, tym mniejsza szansa na zbudowanie wystarczająco dużego audytorium i wychowania wiernych fanów. Mówiąc krótko – należy doprowadzić do absolutnego minimum ilość kroków, które musi podjąć użytkownik, a jednocześnie zrealizować nasz cel biznesowy. Nie da się tego zrobić “na wyczucie”, dlatego warto testować różne rozwiązania i rozmawiać z użytkownikami.

 

Trzecim krokiem, często pomijanym, jest nieustanne kształtowanie czegoś, co określilibyśmy brand voice. Załóżmy na moment, że posiadamy najlepszy – pod względem technicznym i cenowym – SaaS w danym obszarze rynkowym. Wyobraźmy sobie sytuację idealną, w której po prostu zajmujemy pierwsze miejsce wśród wszystkich testów i porównań. Czy to oznacza, że każdy, kto poszukuje oferowanego przez nas rozwiązania, staje się naszym klientem? Oczywiście nie. Dlaczego? Ponieważ konsumenci nie podejmują decyzji na podstawie stricte logicznych przesłanek! Usłyszeli od znajomego o produkcie, przeczytali recenzję, przetestowali wersję próbną i ich “kupiła”, albo mieli kontakt z miłym, przekonującym sprzedawcą – to tylko kilka z setek, a może tysięcy powodów, dla których podejmujemy takie, a nie inne decyzje.

 

Wśród tych powodów jest także to, jak widzi nasz brand potencjalny klient – stąd tak ważna identyfikacja pain points, która umożliwia zapełnianie górnej części lejka, ale także nieustanna praca nad doskonaleniem doświadczenia użytkownika. To temat na osobny artykuł, dość jednak powiedzieć, że łatwość w nawigacji i realizacji konkretnego zadania (zamiast spędzania godzin nad zrozumieniem działania produktu) to klucz do zatrzymywania przy sobie klientów.

Czwarty krok, to stworzenie poczucia ekskluzywności wokół klientów/odbiorców, stanowiących trzon naszej bazy użytkowników. Każda wartościowa relacja musi być obustronna – jeżeli zaufanie konsumenta do twojego produktu objawia się regularnymi płatnościami/zakupami, to jesteś mu winien nie tylko najwyższą jakość tego, za co płaci, ale także nagrodę za to, że robi to u Ciebie, a nie u konkurencji. Poczucie bycia w społeczności o wyjątkowym statusie dodatkowo wzmaga sympatię, jaką obdarzy Cię klient.

 

 

W dolnym poziomie lejka zależy nam na lojalizacji, ale też – i to w pierwszej kolejności- na retencji. Co odróżnia te etapy to fakt, że retencja najlepiej pasuje do modelu subskrybcyjnego i ponawianych zakupów. Lojalizacja z kolei ma na celu nie tylko długofalowy dialog z odbiorcą, utwierdzający go w przekonaniu o dobrym wyborze, budowanie eksperckiej pozycji, ale też ekspansję, czyli poszerzenie ilości produktów z naszego portfolio, które mogłyby go zainteresować, jeszcze intensywniejsze budowanie pozytywnego doświadczenia konsumenckiego oraz zmianę klienta w ambasadora marki i wyznawanej przez nią wartości.

W tym celu content marketing sięga po rozwinięte treści wykorzystujące techniki upsellingu – czyli klasyczne „a może frytki do tego” w mniej ekspansywnej, partnerskiej formie. Pomijając już lojalnościowego giganta, Amazon, który z sugerowania podobnych produktów czy sprzedaży łączonej (czyli crosselingu) uczynił ecommerce’owy wzorzec, to w podobny sposób działają choćby notki blogowe poświęcone outfitom, w których już kupione buty zostają uzupełnione o dopasowane spodnie, w newsletterze z inspiracjami retargetowanymi do klientów czy w case study dopasowanym do często powracających pytań od klientów. Oparte o ścieżkę zakupową klienta i osób o podobnym guście rekomendacje pora nasycić treścią.

 

Jakie formaty contentowe sprawdzą się na tym etapie lejka?

Case studies jako opowieść o sukcesie

Zrozumienie tego, czym nasz obecny klient różni się od tego z pierwszych etapów ścieżki zakupowej łatwo wyjaśnić na jednej z najatrakcyjniejszych form contentu lojalizacyjnego, czyli case studies. W branży technologicznej i startupowej case studies to szczególnie „ekspansywny” kanał – podobnie jak wszelkie treści ekskluzywne, takie jak podcasty czy webinary, które możemy dystrybuować w oparciu o zdobyte leady.

Jednym z brandów, którego powodzenie na rynku zależy od sukcesu jego klientów, jest Shopify. Choćby pobieżna analiza (doskonałego!) bloga firmy pokazuje, że zależy jej na dwóch grupach potencjalnych klientów – jedna to ci, którzy szukają konkretnych porad dotyczących prowadzenia sklepów, druga zaś to ci, którzy dopiero chcieliby otworzyć własny sklep internetowy.

 

Trzecią grupą, do której kierowana jest komunikacja, są obecni klienci Shopify – o ile ten SaaS daje wszystkie niezbędne narzędzia do prowadzenia biznesu w sieci, tylko od jego użytkowników zależy powodzenie.

Shopify wypracowało prostą metodę – mając dane setek tysięcy sklepów działających na ich platformie, identyfikuje te, które radzą sobie w trudnych realiach w nietuzinkowy sposób, a następnie opracowuje obszerne case studies.

Ale jednym z największych przedsięwzięć content marketingowych – prawdopodobnie w całej ecommerce’owej sferze – było zbudowanie i poprowadzenie własnego sklepu przez zespół Shopify, a następnie opisanie ze wszystkimi najdrobniejszymi szczegółami całego procesu.

Ugruntowana pozycja Shopify ulega wzmocnieniu i budowaniu długotrwałej relacji – wiele osób budujących swój ecommerce zna platformę od dawna, ale przy 14-dniowym, darmowym teście, napędzającym wcześniejsze etapy ścieżki, case study pozwala zarówno na przekonanie do zakupu, jak i pokazuje zastosowania narzędzia, które umiejętnie wplata zastosowania do omawianych przykładów. Bo czy po tak gruntownej analizie, z zastosowaniem dziesiątek darmowych narzędzi, ktokolwiek zareaguje niesmakiem na fakt, że największą część budżetu pochłonął layout od Shopify? W ten sam sposób firma promuje się m.in przez współpracę partnerską z galeriami sztuki, ale w tle zawsze pozostaje wartość dodana dla klienta.

 

Warto zauważyć, że case studies bywają czasem umieszczane na górze lejka sprzedażowego, jako dowód na wartość danego narzędzia, jak i w dolnej części, gdzie mają za zadanie przekonać do zakupu lub wzmocnić retencję. Problemem wielu startupów bardzo często bywa fakt, że użytkownik po zarejestrowaniu, nie dokonuje kluczowych akcji w obrębie aplikacji, przez co wpada w błędne koło i nie jest w stanie doświadczyć wyjątkowości usługi. Studium przypadku nie tylko pokazuje, jak w praktyce zastosować najważniejsze funkcje, ale też udowadnia, że korzystając z danego produktu, “robimy to tak, jak najlepsi”.

 

 

Przygotowując case study i opisując konkretny przykład wykorzystania Twojego narzędzia, wyróżniasz klienta. To czysto emocjonalna korzyść, trudna do policzenia oraz przecenienia! Możesz wręcz wykorzystać to jako element grywalizacyjny – wybieraj co miesiąc wśród swoich klientów tych, których nagrodzisz ekspozycją w swoich kanałach, a istnieje spora szansa, że nakręcisz w ten sposób ruch w (niejednym) interesie.

 

To, co rzuca się w oczy w przypadku Shopify, to wyjście poza schematyczne opisywanie wykorzystania narzędzia i zaangażowanie się w opowieść – firma doskonale rozumie, że uzyska znacznie lepsze efekty, gdy w w case study wykorzysta nie tylko suche dane, ale także pokaże właścicieli i pozwoli im opowiedzieć swoją historię.

 

Z tej strategii korzysta także Groove, startup z segmentu customer service. Tu nie ma historii w stylu: “dowiedz się, jak osiągnęliśmy wzrost o 136%”. Firma pokazuje, że ma ze swoimi klientami partnerskie stosunki i każdy traktowany jest indywidualnie – innymi słowy, korzystając z softu oferowanego przez Groove, stajesz się członkiem społeczności. To działa!

 

 

Mało tego – biorąc pod uwagę zainteresowanie pokazaniem swojego “kejsu” na stronie, ten startup decyduje się na stworzenie formularza, za pomocą którego możesz znaleźć się w gronie najciekawszych klientów. To prosta strategia, którą może wykorzystać każdy SaaS w b2b.

 

 

Granicę między marketingiem treści oraz historiami klientów zamazuje także Contently, platforma content marketingowa. W ich rozbudowanej, bardzo drobiazgowo zaplanowanej strategii, case studies pełnią rolę jedno najważniejszych źródeł wiedzy o CM w branży – a znalezienie się na łamach bloga staje się nie mniej nobilitujące, niż wśród klientów firmy.

 

 

Budowanie społeczności jako źródło pomysłów na treści

 

Aż trudno sobie wyobrazić, dlaczego wciąż tak niewiele marek wykorzystuje zaplecze w postaci istniejących, wiernych fanów do budowania na poły niezależnej społeczności. Jeżeli tworzysz SaaS B2B i szukasz prostego narzędzia, które da przestrzeń wymiany doświadczeń, a przy okazji wzmocni obecność przy twojej marce, nie ma chyba lepszego pomysłu, niż… Slack.

 

Jednym z ciekawszych przykładów na zastosowanie tego komunikatora do stworzenia community wokół produktu jest historia Nomad List. Startup, rozkręcony przez szalonego podróżnika i nałogowego wręcz przedsiębiorcy, Pietra Levelsa, prawdopodobnie nigdy nie zyskałby takiego rozgłosu wśród cyfrowych nomadów, gdyby nie Slack.

 

Nomad List to swoiste repozytorium, które agreguje najciekawsze miejsca do pracy zdalnej z całego świata, a dzięki aktywnej współpracy samych zainteresowanych, lista posiada bardzo wiele na bieżąco aktualizowanych wskaźników; od ceny za internet, przez stan metereologiczny po wyliczanie średniego kosztu życia w miesiącu.

 

 

Strategia zastosowana przez Pietera polegała na odwróceniu kolejności – najpierw zaprosił do uczestnictwa w społeczności rozpoznawalnych w środowisku digital nomadów, następnie najaktywniejszych użytkowników Nomad List, a kiedy po paru tygodniach całość nabrała rozpędu, ogłosił informację o starcie szerzej.

 

W tym miejscu przeczytasz, jak shakować typeforma i slacka, aby zautomatyzować proces rejestracji do społeczności.

 

 

Zwróćmy uwagę, że to, co było prostym produktem, wyszukiwarką i porównywarką w jednym, stało się nieodłączną częścią życia dla tysięcy osób. Jak pisze Levels, ludzie, do tej pory rozproszeni i połączeni jedynie małymi, lokalnymi grupami na Facebooku, dostali szansę na nawiązanie relacji między sobą – dzięki temu powstały kanały dotyczące poszczególnych miast, zaś twórca produktu zyskał dostęp do mnóstwa niesamowitych historii.

 

Co z nimi robi? Oczywiście, prowadzi fantastycznego bloga, który zachęca ludzi do zmiany trybu życia na nomadyczny. Wszystko tu kręci się perfekcyjnie jak w szwajcarskim zegarku – produkt, żyjąca społeczność, internetowy magazyn pełen inspirujących historii.

 

Za przykładem Nomad Lista poszły tysiące innych firm i startupów – w tym Buffer, Product Hunt, Startup Foundation. W tym miejscu znajdziesz listę zarówno firm, jak i niezależnych kanałów, grupujących użytkowników pod kątem konkretnych zainteresowań.

 

 

Wraz z globalną eksplozją kultury startupu na całym świecie, pojawiła się potrzeba wspierania przedsiębiorców w najróżniejszych aspektach ich działalności na drodze ku making this world a better place 😉 Palącą potrzebą stało się współdzielenie przestrzeni przez zespoły, które posiadają ograniczone środki. W ten sposób powstały miejsca coworkingowe, które rozwinęły się w ogromny, niezależny biznes.

 

Dla startupów, głównie po porządnej rundzie finansowania, stworzono WeWork – sieć miejsc do wspólnej pracy dla najbardziej wymagających członków społeczności startupowej. Firma dzierży tytuł najszybciej rozwijającego się startupu w Nowym Jorku, a niedawno świętowała podpisanie 100-tysięcznej umowy na wynajem. Choć nie ma jej jeszcze w Polsce, w USA, zachodniej Europie i Izraelu posiada ponad 50 lokacji i wyceniana jest na ponad 10 miliardów dolarów.

 

 

Zarząd spółki, który spokojnie mógłby powierzyć działania content marketingowe specjalistycznej agencji (i to niejednej), postanowił oddać łamy firmowego magazynu… użytkownikom przestrzeni WeWork. Portal oraz drukowane czasopismo nazywa się Creator – skoro klientami firmy są freelancerzy, twórcy, startupy i reszta digital natives, dlaczego więc… nie wykorzystać ich doświadczeń, które przemówią same za siebie?

 

 

W gruncie rzeczy Creator jest połączeniem zalet istniejącej społeczności z content marketingiem – klienci WeWork stają się brand ambasadorami, zachęcają swoich znajomych i członków własnych mikrospołeczności do zapoznania się z działalnością firmy, a także stają się bohaterami własnych opowieści.

Na ten odważny krok WeWork nie zdecydowało się od razu – najpierw rozkręcono publikację, tworzoną przez profesjonalną redakcję i wyznaczono kierunek rozwoju. Z czasem do uczestnictwa w projekcie byli zapraszani klienci, aż proporcje się odwróciły i dziś zespół redakcyjny pełni rolę kuratora treści.

Jasne – działalność tego coworku opiera się w zdecydowanej mierze na współpracy z freelancerami, przyzwyczajonymi do pracy kreatywnej. Jeżeli w Twoim przypadku byłoby to trudniejsze, spróbuj nie tyle oddawać swojego bloga w ręce klientów, co wciągać ich w proces twórczy na możliwie największej liczbie etapów.  

 

Kiedy 2 lata temu jako Elivo przygotowywaliśmy się do uczestnictwa w Targach eHandlu, wiedzieliśmy, że bez wcześniejszego zbudowania świadomości naszej marki nie mamy co liczyć na spektakularne efekty. W ciągu 6 tygodni przed startem imprezy postanowiliśmy stworzyć dedykowany kurs dla właścicieli e-sklepów oraz szeroko rozumianej branży ecommerce, zbudować listę mailingową (być może czytasz to właśnie z tego powodu!) i przed imprezą rozpocząć szereg konwersacji, których naturalna kontynuacja odbyłaby się na Targach.

Przyjęliśmy, że:

  1. Stworzymy cykl poradników, których nikt do tej pory nie przygotował w takiej formie
  2. Każdy z materiałów będzie liczył co najmniej 30 tysięcy znaków – i albo będzie satysfakcjonująco wyczerpywał temat, albo nie będziemy go w ogóle realizować
  3. Podejmowane tematy wyselekcjonujemy spośród najczęściej poruszanych w rozmowach z klientami, klientami naszych partnerów biznesowych i w mediach społecznościowych
  4. Kolejne teksty będziemy udostępniać najpierw społeczności zbudowanej wokół newslettera – naszego głównego źródła interakcji
  5. W ciągu 6 tygodni spróbujemy dotrzeć do jak największej ilości osób planujących wizytę na Targach eHandlu; dzięki liście będziemy mogli powiadomić właścicieli ecommerce o naszej obecności tam i możliwości podjęcia komercyjnej współpracy (ustaliliśmy, że sukcesem okaże się 150 przeprowadzonych rozmów w ciągu całego dnia Targów)

Przed rozpoczęciem inicjatywy, mieliśmy ponad 400 osób, które zechciały udostępnić nam swój adres mailowy. W ciągu kolejnych 6 tygodni lista ta urosła do blisko 2500, co było efektem nie tylko organicznie prowadzonych działań na Facebooku, ale także, a może przede wszystkim, word-of-mouth.

Choć clue tego projektu były artykuły pełne wartościowej treści, nie poprzestawaliśmy na tym – chodził o to, by przekroczyć oczekiwania odbiorców i maksymalnie zaskakiwać ich zanim rozpocznie się impreza. Wśród tych osób byli nasi przyszli klienci i chcieliśmy od początku przyzwyczaić ich do wysokiego standardu współpracy z nami – stąd m.in. pomysł na paczkę z rabatami od zaprzyjaźnionych firm działających w modelu B2B czy „ecommerce starter kit”, pełen pomocnych narzędzi w planowaniu biznesu i jego prowadzeniu (edytowalne tabelki, otwarte pliki execelowskie etc.).

W tym miejscu możesz przeczytać szczegółowe case study na temat #SALESLAB.


Anatomia newslettera – najciekawsze wydawnictwa w branży tech/startup

Odkąd content marketing na dobre trafił do reklamowego mainstreamu, szybko okazało się, że jednym z najskuteczniejszych narzędzi dostarczania właściwych treści przed właściwe pary oczu jest email. Zanim marketerzy przekroczyli masę krytyczną, pozyskanie wirtualnego adresu pocztowego mogło być odczytywane jako przejaw kredytu zaufania, udzielonego firmie/wydawcy przez czytelnika i potencjalnego klienta. Dziś, gdy każdego dnia otrzymujemy dziesiątki emaili z najróżniejszych list mailingowych, o których istnieniu w większości nie pamiętamy, a cena pozyskania adresu spada sukcesywnie, kluczowa staje się oryginalność, kreatywność i forma “hackingu”.


More…

Lejek content-sprzedażowy w praktyce

W poprzednim artykule, poświęconym budowaniu obecności firmy w sieci poprzez content marketing, zajęliśmy się analizą jakościową – wyróżniając kilka godnych naśladowania przykładów i omawiając strategię działań. W poniższym tekście przejdziemy do content marketingowego zaplecza i pokażemy, jak sprawić, by poszczególne elementy spiąć w sprawnie działający mechanizm.


Wokół content marketingu przez ostatnie lata narosło sporo mitów, głównie związanych z jego nieefektywnością. Nic dziwnego – jeśli firma wydaje pieniądze na treści i kolejny rok z rzędu nie widzi żadnego zwrotu z inwestycji, trudno wyciągnąć inne wnioski. “To nie działa, a do tego jest drogie”, “mamy dobrych copywriterów, ale odsłony na blogu nie przekładają się na sprzedaż”, “wszyscy publikują artykuły więc my też, ale… po co?” – to tylko niektóre obiekcje, z którymi się spotykamy.

Problem jest szerszy – w artykułach i poradnikach poświęconych content marketingowi, szczególnie w języku polskim, zagadnienie lejka jest mocno generalizowane i po lekturze tuzina z nich człowiek dalej wie tyle, co nic.

Schematycznie sprawa jest prosta – w procesie sprzedaży i marketingu wyodrębniono cztery etapy, przez które przechodzi każdy konsument, zanim ostatecznie dokona zakupu.

Oto one:

Uświadomienie polega na szerokim dotarciu kosztem jakościowego udziału ruchu – zakładamy, że opłaca się wystrzelić 1000 nabojów, żeby trafić w 100 celów. Im więcej osób dowie się o naszym brandzie, tym większe prawdopodobieństwo, że znajdzie się wśród nich garść zainteresowanych naszą działalnością.

Na kolejnym etapie powinniśmy pozyskać dane kontaktowe konsumenta (mikrokonwersja) – to pozwoli na kształtowanie relacji w procesie nazywanym lead nurturingiem.

W kolejnym kroku zakłada się, że lead posiada wysoko uświadomioną potrzebę zakupową i przystępuje do selekcji dostępnych na rynku rozwiązań. Jak doradzają na blogach eksperci, warto podsyłać na tym etapie istotne informacje, wspierające podjęcie korzystnej dla nas decyzji. W ten sposób lead trafia na etap konwersji – tu dokonuje się bezpośredniej sprzedaży.

Na końcu pozostaje już tylko lojalizacja, czyli wyciskanie z klienta kolejnych monet, customer service i podtrzymywanie efektu wow – to dzięki niemu nasz kupujący idzie w świat i ewangelizuje kolejnych konsumentów.

Proste, prawda?

Jak wspomnieliśmy, schematycznie wręcz banalne. Zastanówmy się jednak przez chwilę – co do dokładnie znaczy, że klient ‘przechodzi przez każdy etap lejka’? Co to znaczy – tak konkretnie?

Otóż większość poradników content marketingowych opisuje pewną modelową sytuację, w której hipotetyczny, potencjalny klient w zasadzie niczym innym się nie interesuje w życiu, tylko od momentu wejścia do lejka aktywnie reaguje na nasze działania; solennie klika kolejne newslettery, popołudniami rozmyśla sobie o naszej firmie, a kiedy następuje ten magiczny ‘aha moment’, odwiedza naszą stronę, a my w jakiś sposób dowiadujemy się, że oto mamy do czynienia z “gorącym leadem” – i dopełniamy formalności.

Powiedzmy sobie wprost – taka sytuacja nigdy się nie wydarzy (może nie generalizujemy – nie wydarzy się w 99,9% przypadków).

Nawet, jeśli ktokolwiek czyta Twojego bloga i zapisują się się na ogólną listę mailingową, w większości przypadków zapewne 90% z nich nigdy nie otworzy od ciebie żadnej wiadomości (i nie daj się nabrać, że podzielenie się adresem email to przejaw zaufania – adres email jest tani, a jeśli masz wątpliwości, zajrzyj na kartę “Oferty” w swojej poczcie).

Jeśli jakimś cudem uda ci się coś sprzedać po wysłaniu kolejnego z rzędu newslettera – miałeś szczęście. Podawana swojego czasu niesamowita cyfra, opisująca konwersję z emaila względem portali społecznościowych na poziomie 4000 procent jest klasycznym zastosowaniem średniej, bardzo niemiarodajnego wskaźnika, do zobrazowania z góry założonej tezy.

W większości przypadków, marketerzy koncentrują swoje wysiłki na górnej części lejka – zajmując się generowaniem jak największego ruchu, następnie uruchamiają pop-upy do zbierania emaili, zakrywają oczy, i mają nadzieję, że “jakoś to pójdzie”.

Konwersja wygląda najczęściej tak:

Mamy uwzględnione wszystkie trzy, podstawowe elementy z klasycznego schematu lejka – uświadomienie, mikrokonwersja i sprzedaż, a wygląda to niezbyt dobrze.

W sensie generalnym, standardowe 4 etapy dosyć dokładnie mapują obszary, w których może znajdować się klient (poza “nie potrzebuję twojego produktu” nie ma dużo więcej opcji). Niska efektywność działań dyktowanych tym sztywnym schematem wynika z:

  1. Niedostatecznie dokładnego rozpoznania potrzeb konsumenta
  2. Niedostatecznie dokładnego określenia długości ścieżki, potrzebnej do dokonania konwersji
  3. Niedostatecznie dokładnego zaspokojenia potrzeb

 

Budowa realnego lejka sprzedażowego

Aby stworzyć lejek, przez który będą przeciskać się twoje leady, potrzebujesz:

  1. Bloga jako miejsca publikacji
  2. Newslettera jako narzędzia dystrybucji
  3. Opcjonalnie software’u do marketing automation – na początku nie jest niezbędne, ale z czasem przekonasz się, jak trudno kontrolować leady i ich pozycję na poszczególnych etapach bez M.A.

Wybrane posty na twoim blogu ściągają ruch, następnie, dzięki aplikacjom takim jak Sumo.com, wciągasz lead na listę mailingową, przez z góry zaplanowany czas wysyłasz kolejne materiały, zaproszenia na webinar czy też inne wartościowe treści, a w kluczowym momencie – dokonujesz próby sprzedaży. W idealnej sytuacji, po dopracowaniu poszczególnych elementów lejka, całość powinna działać automatycznie.

Tyle teorii.

Aby zainteresować czytelnika wpisem na blogu, należy… się na tym znać 😉 a poza tym – nieustannie uczyć się zachowań i potrzeb twojego potencjalnego klienta.

Jak?

Etap I – ściąganie ruchu

Twoja grupa docelowa dzieli się z grubsza na dwie części: jedna (A) to ta, która posiada problem i stara się go rozwiązać produktem, który sprzedajesz, zaś druga (B) to ta, która ma tę potrzebę jeszcze nieuświadomioną.

Jeśli prowadzone przez ciebie działania marketingowe realizowane są zgodnie z jakąś strategią, najczęściej kierujesz komunikację do grupy A. To osoby, które relatywnie łatwo monetyzować, ponieważ są u progu podjęcia decyzji i działania content marketingowe powinieneś skupiać na rozwiązywaniu “bezpośrednich” problemów – “Czy produkt X posiada funkcję Y, która pomoże mi z problemem Z?”. Jednocześnie jednak, ilość takich osób jest mniejsza – musieli przejść przez jakiś proces, więc z zasady są “dalej”, niż grupa B.

Grupa B – to prawie cała reszta osób, która działa w branży lub segmencie, do którego chcesz dotrzeć i prawdopodobnie może posiadać problem, który chcesz rozwiązać. To stosunkowo dużo potencjalnych klientów, do kieszeni których znacznie trudniej sięgnąć; to, czy zdecydują się wydać u ciebie pieniądze zależy od jakości relacji, którą z nimi zbudujesz. Tu content marketing ma decydujące znaczenie – to właśnie dlatego te działania wymagają czasu, ale również z tego powodu pozwalają osiągnąć duże zwroty (zwłaszcza jeśli twoim głównym KPI jest koszt pozyskania użytkownika) i są łatwo skalowalne.

Zarówno grupa A, jak i B, dzielą się na mniej lub więcej podgrup – różnią się zarówno demograficznie, jak i motywacjami, celami, zasobnością portfeli etc. Kluczem do tworzenia takiego contentu, który będzie dokładnie odpowiadał na ich potrzeby, jest stworzenie person – a z kolei znajomość potrzeb umożliwi sprawniejszą dystrybucję budżetu CM.

Na temat person w marketingu pojawiło się w ostatnich latach sporo materiałów, które w zdecydowanej większości nie mają zbyt wiele wspólnego z praktyką. Niektórzy eksperci radzą na przykład, by nadawać swoim personom imiona, wypisywać zainteresowania zupełnie niezwiązane z ich aktywnością zawodową czy tworzyć fikcyjne biogramy (sic!). To jak z kultem Cargo – obserwuje się powierzchowne działania i próbuje je implementować jako gotowe rozwiązanie.

Rzadko można spotkać się z podpowiedzią, jak w zasadzie te dane zdobywać – wobec czego marketerzy organizują burzę mózgów, wypełniają solennie kolejne rubryki pobranego z sieci szablonu, przypinają kartkę do tablicy korkowej i… wracają do swoich zajęć.

Jeśli wspomniani marketerzy pracują już jakiś czas z określonym typem klienta, to jeszcze pół biedy – istnieje szansa, że ze swojego doświadczenia faktycznie określą kilka przydatnych cech, które pomogą planować kalendarz publikacji. W większości jednak, dane te będą zupełnie nieprzydatne.

Jednym z najskuteczniejszych sposobów na realne określenie potrzeb klienta jest przeprowadzenie ankiet ilościowych na miarodajnej próbie (500 i więcej osób) oraz jakościowych (kilkadziesiąt wypowiedzi).

Jak w prosty sposób zebrać bezcenne dane:

 

  1. Stwórz ankietę – można do tego wykorzystać jedno z popularnych narzędzi (Ankietka.pl lub Webankieta). Postaraj się, by jej wypełnienie nie trwało dłużej niż 3-8 minut
  2. Przygotuj nagrodę – voucher do Empiku za 300 złotych, roczny dostęp do Twojej usługi (z wyraźnie zaznaczoną wartością), dwuosobowe zaproszenie na kolację do fajnej restauracji. Zastanów się, czy opłacałoby ci się za to poświęcić kilka minut swojego życia
  3. Umieść informację o badaniu w swoich kanałach społecznościowych – może się jednak okazać, że trafisz na typowych “łowców nagród”, dlatego dobrym pomysłem jest wygospodarowanie niewielkiego budżetu (50-100 złotych) i stworzenie posta sponsorowanego typu dark, dzięki czemu precyzyjnie określisz grupę, na zbadaniu której najbardziej ci zależy
  4. W ankiecie umieść pytania zamknięte, dzięki którym uzyskasz dowiesz się o problemach respondentów – możesz także zapytać o budżet, wielkość firmy, podejmowane do tej pory działania w obszarze, który cię interesuje (marketing, jeśli sprzedajesz produkt wspierający marketerów etc.)
  5. Umieść jedno pytanie otwarte – niech będzie na tyle ogólne, by pozyskać jak najwięcej odpowiedzi, a jednocześnie na tyle konkretne, by ze zdobytych w ten informacji uczynić źródło tematów na bloga/newsletter etc.
  6. Wybierz jedną z odpowiedzi, która najbardziej ci się przydała i przydziel nagrodę

Maksymalny koszt takiego działania to kilkaset złotych – a materiał badawczy pozwoli ci na długie tygodnie, jeśli nie miesiące, planowania treści.

Postaraj się pogrupować udzielone odpowiedzi w kilka “worków” – to właśnie twoje persony. Pamiętaj, że to tylko punkt wyjścia – dopiero praktyczne przełożenie tego na content i dalsza analiza tego, jak performuje, pozwoli uwiarygodnić dane deklaratywne i “zmapować” realne potrzeby użytkowników.

W ten sposób wpuszczasz ruch do pierwszego etapu lejka, realizując fazę “uświadomienia”.

 

Etap II – mikrokonwersja

Załóżmy, że udało ci się wyklarować 3 podgrupy docelowe – i według ich potrzeb przygotowujesz wpisy. Przyjmijmy, że zajmujesz się sprzedażą oprogramowania do zarządzania rezerwacjami, a twoi klienci dzielą się na:

  1. Managerów dużych obiektów hotelowych
  2. Właścicieli małych i średnich obiektów hotelowych
  3. Firmy wynajmujące sale konferencyjne

Pod każdą z tych grup przygotowałeś po 3 wpisy, które tematycznie dotykają problemów opisywanych przez nie we wcześniej przeprowadzonym badaniu.

Dla każdej grupy tworzysz coś, co nazwiemy na potrzeby tego artykułu, “mikrolejkiem” – a więc małym lejkiem w tym większym, ogólnym, który umożliwi dalszą kreację treści ściśle dopasowaną do realnych problemów ww. podgrup.

 

Mikrolejek może na początku składać się z pięciu etapów:

Przeczytanie artykułuZapis do newslettera1-3 tygodniowa wysyłka automatycznie zaplanowanych mailiewaluacja aktywności (m.in. na podstawie OR/CTR, a najlepiej dobrze skonfigurowanego scoringu w sofcie do marketing automation) → umówienie dema/oferta trialadomknięcie sprzedaży.

Takich mikrolejków musisz przygotować trzy – dla każdej podgrupy inny. Dlaczego?

Kwestie, które poruszać będziesz w kolejnych artykułach mogą, ale nie muszą, dotyczyć wszystkich podgrup. Od poziomu personalizacji zależeć będzie powodzenie całej akcji.

Dowolny program do obsługi masowej wysyłki emaili umożliwia tworzenie wielu list – dzięki temu na poszczególne listy trafiają najbardziej zainteresowany. Nie zachodzi niebezpieczeństwo, że będziesz wysyłał (a w zasadzie – spamował) managera hotelu z dziesięcioma pokojami artykułami, w których, na przykład, porównujesz rozwiązania za setki tysięcy czy miliony złotych.

Konstrukcja mikrolejka pozostaje jednak taka sama w każdym przypadku – różnice wypływają na etapie zarządzania nimi, głównie w kwestii długości. Najtrudniejsze w całym działaniu jest określenie, jak wielu touch pointów potrzebuje lead, by dokonać konwersji.

A jak sprawdzić, czy osiągana konwersja to dużo czy mało? Procentowa wartość nie ma z tym nic wspólnego – 1% to może być zarówno skandalicznie mało, jak i zdecydowanie ponad średnią. Znacznie ważniejszy jest po prostu koszt pozyskania leada – im więcej konwersji dokonasz na lejku, który nie generuje (zbyt dużych) kosztów, cena maleje i jeśli jest zadowalająca względem ceny w przypadku pozyskania użytkownika w inny sposób, wiesz, że działanie ma sens.

Jeśli jednak lejek działa kiepsko, sprawdź:

  • Czy artykuły “tankujące” górny etap poszczególnych mikrolejków generują wystarczająco duży ruch?
  • Czy forma, w jakiej budujesz listę – popupy, formularze osadzone w tekście, lead magnets (“pobierz ebooka!”), CTA – jest zoptymalizowana?
  • Czy wysłane w procesie ogrzewania leada materiały a) są otwierane, b) są klikane?

Jeśli na wszystkie powyższe pytania odpowiadasz twierdząco – i widzisz w statystykach, że między poszczególnymi etapami przeciska się sporo leadów – a konwersja nadal kuleje, najprawdopodobniej:

  • Za szybko lub za późno dokonujesz sprzedaży
  • Istnieje problem (lub szereg problemów) natury UX-owej na stronie konwersji
  • Twój produkt jest gorszy, niż twoje działania content marketingowe

 

Etap trzeci – konwersja

Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że pierwsza wersja lejka będzie odznaczać się niską konwersją – wynika to z faktu, że musisz ją wprowadzić na wyczucie, zakładając pewną hipotezę (“konwersja następuje po wysyłce 5 artykułów+umówieniu dema po 2 tygodniu”).

Długość procesu wygrzewania leadu jest w dużej mierze uzależniona od specyfiki branży, w której działasz, cyklu żywotności produktu, jego ceny (to bardzo ważne) i wielu innych zmiennych. Istnieje duża przepaść między “czytelnikiem” a “klientem” i raczej między bajki należy włożyć tezę, że fakt uruchomienia lejka jest równoznaczny z pozyskiwaniem płacących użytkowników.

Powód, dla którego content marketing zalicza się do działań inboud, jest prosty – nie możesz sprzedać produktu, jeżeli klient nie ma na to ochoty lub jest niegotowy. Jeśli próbujesz wcisnąć swoje rozwiązanie bez przygotowania gruntu (wzbudzenia zaufania i autentycznego zainteresowania), konsument błyskawicznie przejrzy twoje zamiary (nawet podświadomie).

Z drugiej strony, może okazać się, że za późno dokonujesz sprzedaży – i jest to nie mniej istotny problem. Przykładasz sporą wagę do tego, by zbudować relację opartą o dostarczanie rzeczywistej wartości, ale nigdy nie dokonujesz monetyzacji (lub robisz to zbyt miękko). W ten sposób możesz doprowadzić do sytuacji, w której lead nawet nie wie, co – i czy w ogóle – oferujesz rozwiązanie, które go interesuje!

Kwestia user experience wymaga szczególnego przemyślenia – jeśli oferujesz ebooka, którego, aby pobrać, należy się zarejestrować w systemie, ale między przyciskiem “pobierz!” a ekranem rejestracji nie ma informacji o tym, że te procesy są ze sobą powiązane, zaobserwujesz prawie 100-procentowy drop-off. Podobnie – jeśli obietnica wartości w CTA jest słabo widoczna, treści wpisów są pisane zbyt małym fontem, strona “rozjeżdza się” na różnej wielkości ekranach etc. – nawet najlepsze treści nie pomogą w konwersji. Świetnie, gdybyś mógł zatrudnić kogoś do oceny UX, ale jeśli nie możesz sobie na to pozwolić, zadbaj o elementarną użytkowość, testuj poszczególne elementy: zarówno pod kątem designu, jak i copy.

Kiedy prowadzisz fajne działania contentowe, widzisz, że dobierane tematy faktycznie wpasowują się w oczekiwania na poszczególnych etapach lejka, ale tuż przed konwersją następuje ucieczka, może się okazać, że twój produkt nie nadąża za jakością treści.

Rada jest prosta – przestań wydawać pieniądze na treści i doinwestuj rozwój produktu. Wszystkie opisywane w tym tekście działania mają sens przy założeniu, że dysponujesz dobrym rozwiązaniem, którego konsumenci mogą rzeczywiście potrzebować. W innym wypadku – musisz zrobić krok wstecz. Content marketing jest świetny, ale nie zdziała cudów.

Etap IV – lojalizacja

Jeśli posiadasz leady na tym etapie, to znaczy, że jesteśmy w domu! Często ten krok jest jednak niedoceniany, zwłaszcza w firmach operujących głównie na górnym poziomie lejka. Temu zagadnieniu poświęcimy osobny artykuł w jednej z następnych lekcji naszego kursu – stay tuned!

3 firmy, które z content marketingu uczyniły centralny punkt komunikacji

Jeśli głównym zadaniem content marketingu jest pomoc twoim potencjalnym klientom w zrozumieniu i rozwiązaniu problemu, który posiadają, możemy wprost przyznać, że wysiłki większości firm w tym obszarze są zupełnie nieefektywne. Mimo tysięcy artykułów, webinarów, konferencji i paneli dyskusyjnych poświęconych zagadnieniu, nadal spora grupa marketerów zbyt mocno koncentruje się na procesie tworzenia treści, zamiast zadbaniu o jakość i przydatność materiałów. Na tym tle szczególnie wyróżniają się firmy, które plasują się całkowicie po przeciwstawnej stronie bieguna.

More…

Biznes zbudowany na contencie

Świat reklamy internetowej zmienia się w bardzo szybkim tempie. Marketerzy zaczynają uświadamiać sobie, że skończyły się czasy migających wszędzie banerów. Kolorowe reklamy coraz częściej blokowane są przez przeznaczone do tego programy. Ludzie nie chcą więcej na nie patrzeć. Trzeba jednak znaleźć sposób na to, żeby dotrzeć do klienta ze swoim produktem lub usługą. Jak zrobić to w sposób, który nie będzie go drażnił i zniechęcał? Idealnie byłoby, gdyby jeszcze przyciągał do naszego sklepu. Czy to w ogóle możliwe?

Nowoczesny sposób na reklamę

Dziś internauci oczekują czegoś całkiem innego. Nie wystarcza im to, że dostaną informacje o produktach i usługach. Chcą treści, które wniosą coś więcej – użyteczną wiedzę, ciekawe informacje czy porady. Nie szukają sprzedawców, a ekspertów. Specjalistów w swojej dziedzinie. To im chcą zaufać i u nich robić zakupy.

1 (3)

Fot. JPhotoStyle.com

Odpowiedzią na potrzeby klientów stał się content marketing, reklama oparta na treści. Na świecie coraz mocniej doceniany, w Polsce podchodzimy do niego jeszcze trochę nieufnie, ale widać już, że w niedługim czasie ta forma będzie królowała na rynku reklamy. Są firmy, które odważyły się na oparciu całego swojego biznesu właśnie na contencie. Dlaczego zdecydowały się na taki krok i jak na tym wyszły?

Dlaczego content?

Należałoby zacząć od pytania – dlaczego właśnie content? Dlaczego opierać cały swój biznes na czymś, co w świecie reklamy można nazwać jeszcze nowością, pewnym trendem. Właśnie dlatego. Skoro content marketing jest aktualnie modny, odpowiada na potrzeby użytkownika Internetu, a jednocześnie większość firm boi się po niego sięgnąć, nie pozostaje nic innego, jak tylko wykorzystanie wszystkich jego możliwości. Nie ma lepszego sposobu na reklamę, jak podanie na tacy klientowi tego, czego oczekuje. W tym wypadku przydatnej wiedzy, porad i ciekawych informacji.

2 (1)

Fot. http://kaboompics.com/search/business/s1 (licencja CC0)

Nie wszystkim jest też łatwo powiedzieć wprost o swojej ofercie. Czasem produkt czy usługa wymaga dłuższego opisu, po to, aby klient mógł dobrze zrozumieć, z czym ma do czynienia. Trudno wymagać od kupującego, że zdecyduje się na coś, czego do końca nie rozumie. Dlatego coraz więcej firm decyduje się na zawieranie na swojej stronie internetowej czy w mediach online, coraz większej ilości artykułów. Nie dość, że mogą szerzej opowiedzieć o swojej ofercie i wyjaśnić wszelkie zawiłości, to jeszcze stają się cenionymi specjalistami w danym temacie. Zdecydowanie wzbudza to zaufanie klientów.

Siła bloga

Użytkownicy Internetu są żądni treści. Pomimo, że przestaliśmy sięgać po książki, wbrew pozorom nie przestaliśmy czytać. Świadczy o tym, chociażby coraz większe zainteresowanie blogami. Powstaje ich coraz więcej, a ciągle słyszymy o sukcesie kolejnego. Co więcej, blogerzy na treściach zaczęli zarabiać. Przeciętny Kowalski, zanim coś kupi, chce poznać opinię kogoś, komu ufa. Dlatego firmy coraz częściej zwracają się do blogerów i podejmują z nimi współpracę.

3

Fot. Pixabay.com

Niektórzy decydują się pójść o krok dalej i założyć bloga firmowego. Dzięki takim działaniom wzmacnia się pozycja strony internetowej w wyszukiwarkach. Ale to nie wszystko. Przede wszystkim firma zamieszczająca na swojej witrynie ciekawe dla klienta informacje, wzbudza zaufanie. Wchodzący na nią człowiek wie, że po drugiej stronie jest ktoś, kto zna się na rzeczy. Dlatego warto zostać jego klientem. A jak marketing treści wykorzystują konkretne firmy?

Growbots – amerykański sen oparty na treści

Jak najszybciej dostać się z Kluczborga do Doliny Krzemowej? Trzeba mieć dobry, innowacyjny pomysł i sprawić, żeby dowiedziało się o nim jak najwięcej osób. Growbots oferuje swoim klientom narzędzie do automatyzacji sprzedaży. Firma ustala profil klienta, a oprogramowanie wybiera z bazy tych, którzy spełniają kryteria. Następnie prowadzi w imieniu przedsiębiorstwa kampanię e-mailingową i informuje o jej wynikach. Docelowo za cały proces sprzedaży będzie odpowiadała sztuczna inteligencja. W 2015 roku dostali się do 500 Startups, jednego z największych akceleratorów biznesu na świecie. Nie mieli wtedy jeszcze gotowego produktu. Jak im się to udało?

4

Fot. Screenshot z Facebook.com

Sprawili, że amerykański rynek dowiedział się o nich. Założyli bloga, na którym pisali o growth hackingu, czyli ściąganiu klienta na stronę bez stosowania tradycyjnej reklamy. Ich posty były fachowe, treść jasno wskazywała na to, że wiedzą, o czym mówią. Zrobili szum wokół tych wpisów. Zaczęło się robić wokół nich głośno. Mówili o nich wpływowi amerykańscy blogerzy technologiczni, w tym Lincoln Murphy, jeden z ekspertów od modelu biznesowego SaaS – Softwere-as-a-Service. Pomogło im to bardzo w pozyskaniu pierwszych klientów, a tym samym dostaniu się do 500 Startups.

5

Fot. http://blog.growbots.com/

HubSpot – zaufanie własnym narzędziom

HubSpot proponuje swoim klientom narzędzia wspierające we wdrożeniach reklamowych. Skupia się głównie na rozwiązaniach opartych o content marketing. Co ciekawe, firma, promując siebie, sama korzysta ze swoich rozwiązań, pokazując tym samym ich skuteczność. Nic nie wzbudza takiego zaufania jak sprzedawca wykorzystujący swój produkt.

HubSpot wykorzystał trend panujący na rynku. Małe i średnie firmy zaczęły poszukiwać sposobów pozyskiwania klientów innych niż tradycyjna reklama. Startup postawił na content marketing i automatyzację marketingu. Stworzyli w tym obszarze zintegrowane rozwiązania, które dają użytkownikowi płynność działania. I sami zaczęli z tych rozwiązań korzystać. Na swoim blogu zamieszczają treści związane z reklamą, contentem i swoim produktem. W ich przypadku wyświetlenie baneru czy inna forma reklamy nie sprawdziłyby się. Wiedzą, że muszą opowiedzieć o tym, co oferują, bo produkt nie jest prosty. Jedynym rozwiązaniem, które efektywnie przyciągnie nowego klienta, jest dzielenie się wiedzą i ciągłe wyjaśnianie, co w świecie nowoczesnej reklamy się dzieje. HubSpot robi to bardzo dobrze.

6

Fot. Screenshot z Facebook.com

Crazy Egg – czy firma może być nudna?

Swoim klientom oferują rozwiązania pozwalające na śledzenie aktywności użytkowników w witrynie. Niektórzy twierdzą, że w takim biznesie nie ma niczego ciekawego. O czym więc pisać? Wydawałoby się, że jest specjalistyczne rozwiązanie, po krótkiej informacji wiadomo, do czego służy. Blog na ten temat nikogo nie zainteresuje. A jednak okazuje się, że jest inaczej.

Współautor sukcesu Crazy Egg, Neil Patel jest innego zdania. Dla niego nie ma nudnego tematu. Są tylko copywriterzy, którym brakuje kreatywności. O wszystkim można napisać tak, żeby zainteresować czytelników. W związku z tym firma prowadzi swojego kreatywnego bloga, przyciągającego czytelników zainteresowanych marketingiem internetowym i najnowszymi rozwiązaniami. Wiedzą, jak mówić o swojej branży. Zdecydowanie odkryli klucz do sukcesu.

7

Fot. Screenshot z Facebook.com

Jak to się robi w Polsce?

Boimy się jeszcze content marketingu. Obserwujemy firmy, które dzięki niemu osiągnęły sukces i powoli zaczynamy małymi kroczkami za nimi dążyć. O tym, że warto, przekonują kampanie contentowe przeprowadzone w naszym kraju, które osiągnęły niemały sukces.

Świetnym przykładem jest trwająca już trzeci rok akcja Kuchnia Lidla. Zwykle supermarkety opierają reklamę na banerach. Widzimy produkt, cenę, informację o promocji. Lidl poszedł krok dalej. Stworzył serwis, na którym oprócz przepisów kulinarnych możemy znaleźć całą masę użytecznych informacji – triki stosowane w kuchni, porady profesjonalistów, sposoby przygotowania dań. Produkt jest dosłownie wszędzie, natomiast czytający nie czuje tego wcale. Ma przepis na interesujące go danie, listę zakupów, przydatne informacje, które wykorzysta. Wszystko, czego potrzebuje.

8

Fot. Screenshot z kuchnialidla.pl

“Ty tu urządzisz” to blog związany z marką Ikea. Dlaczego cieszy się popularnością? Bo nie jest kolejną nudną stroną na temat wyposażenia wnętrz, na które nie stać większości ludzi. Tam każdy znajdzie kreatywne rozwiązanie dla siebie. Ikea wie, że ich klienci nie zawsze mieszkają w wielkich domach, dlatego też adekwatnie przygotowuje treści – pokazuje jak sprytnie urządzić małe mieszkanie. Jest to przykład świetnego poznania kupującego przed przygotowaniem kampanii contentowej. I znów produkt jest wszędzie, jednak czytający nie czuje się nim przytłoczony.

9

Fot. Screenshot z tytuurzadzisz.pl

Marketerzy wciąż jeszcze przyglądają się content marketingowi. Jak widać, nie warto tylko patrzeć, bo można zmarnować świetną okazję na przyciągnięcie do siebie klienta. Firmy, które zdecydowały się na oparciu swojego biznesu na contencie, czerpią z tego wiele korzyści. Przede wszystkim, klienci odwiedzają ich nie tylko w momencie, kiedy chcą dokonać zakupu, ale i wtedy, gdy szukają informacji na temat związany z ich działalnością. Dzięki temu, takie przedsiębiorstwa kojarzone są w ekspercką wiedzą. W momencie, gdy ktoś decyduje się na zakup, naturalne będzie, że dokona go u eksperta, od którego na co dzień czerpie wiedzę.

Michał Bąk

Elivo rusza z darmowymi webinarami! Zapisz się już dzisiaj!

Content marketing i sprzedaż – te tematy będziemy poruszać na naszych czwartkowych webinarach. Startujemy już 9 czerwca o godz. 11.

Czerwcowe webinary Elivo poświęcone będą budowaniu odpowiedniej strategii treści, jej dystrybucji oraz zwiększenia sprzedaży przy użyciu content marketingu.

Trzy, godzinne spotkania ułożyliśmy w formie mini kursu, tak aby każdy uczestnik, który rozpoczyna dopiero swoją przygodę z content marketingiem dostał do ręki konkretną wiedzę i narzędzia, a ci bardziej zaawansowani i obyci w tych technikach mogli dowiedzieć się czegoś nowego. Nasze webinary będą odbywać się co czwartek o godz. 11.

 

Oto nasz czerwcowy rozkład jazdy:

 

Po co Ci content marketing? (9 czerwca, godz. 11)

Według grupy Aberdeen marketing treści generuje o prawie 8 razy więcej wejść na stronę internetową niż inne działania w sieci, co przekłada się na sprzedaż i budowanie trwałych relacji z naszymi klientami. Na tym spotkaniu pokażemy Ci jakie jeszcze korzyści przynoszą regularne działania content marketingowe oraz jak i czy marka powinna zostać wydawcą.

[btnsx id=”4798″]

 

Jak zbudować i wykorzystać persony, żeby sprzedawać więcej i lepiej? (16 czerwca, godz. 11)

Pierwszym krokiem w budowaniu skutecznej strategii content marketingowej jest zdefiniowanie grupy docelowej i jej potrzeb. Najlepszą metodą, aby zrobić to precyzyjnie jest zbudowanie person, czyli sylwetek naszych odbiorców, bo jeśli sprzedajemy czy piszemy do wszystkich, to tak naprawdę robimy to do nikogo. Na webinarze, pokażemy Ci nie tylko jak stworzyć persony, ale pokażemy także praktyczne przykłady ich zastosowania w Twojej codziennej pracy.

[btnsx id=”4800″]

 

Wszystko co chcesz wiedzieć o dystrybucji treści (23 czerwca, godz. 11)

Tworząc dobre i ciekawe treści już na samym początku stoimy przed dylematem: jak sprawić, żeby zobaczyło je jak najwięcej osób i gdzie się nimi dzielić, żeby nasza marka była jak najbardziej widoczna. Żyjemy w świecie komunikacji rozproszonej, co ma swoje zalety, ale ma też swoje minusy. Na naszym internetowym spotkaniu zdradzimy Ci kilkanaście sprawdzonych na promocję treści w internecie.

[btnsx id=”4801″]

 

Webinary poprowadzi Grzegorz Miecznikowski – szkoleniowiec, bloger, specjalista od sprzedaży i komunikacji. Communications Geek pełną gębą oraz New Business Director w agencji Elivo.pl.